Pożegnanie z E.

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie dnia, kiedy się poznaliśmy. Na pewno dawno temu. 23 lata? Zawsze wydawał mi się eleganckim, starszym panem, z rodzaju tych, których już prawie nie ma. Zwykle miał dystans do wszystkiego, ludzi, wydarzeń, zjawisk. Przynajmniej tak odbierałam jego zachowanie. Zdarzyło się  kilka razy, że widziałam jak wybuchł a potem znowu było cicho. Ładnie opowiadał zdarzenia ze swojego życia, o tym co widział, co słyszał, czego doświadczył. Posługiwał się rzadką już teraz, dokładną polszczyzną. Im dłużej go znałam, tym częściej słyszałam te same historie, które dla niego były ważne. Dawniej lubił sport i góry, potem zostały mu gazety i ogród.

Kiedyś podrzuciłam mu książkę o psychologii w procesach sądowych. Zaciekawiła go, bo za jego czasów nie korzystało się z tej wiedzy a sąd był jego prawdopodobnie pierwszym domem.

Innym razem, przed świętami Bożego Narodzenia knuliśmy razem co kupić jego żonie na prezent wigilijny. Chciał coś specjalnego dla niej. W wielkiej tajemnicy kupiłam złote kolczyki, a on cieszył się jak chłopiec.

Pamiętam, że pewnego razu daliśmy mu dyktafon, żeby historie ze swojego życia na nim zarejestrował… Nie udało się. Nie zdążył? Nie chciał? Mówienie do przedmiotu nie było takie fajne jak do drugiego człowieka?

Jakim był ojcem – chyba nie do końca obecnym.

Jakim był mężem – po prostu był. Wydaje mi się, że nie zawsze można było na niego liczyć w operacyjnym prowadzeniu ogniska domowego. Na swój sposób kochał swoją żonę.

Jakim był teściem – starszym, nie ingerującym w życie młodych.

Czego mnie nauczył – tego, że mężczyźni mogą nawet w domu wyglądać elegancko. Miał swego rodzaju wewnętrzną klasę i szyk. Nigdy nie widziałam go rozmemłanego w dresach. Okazjonalnie wpadaliśmy na siebie wczesnym porankiem w drodze do łazienki i ku naszemu, wspólnemu zażenowaniu, on był w piżamie.

Kilka tygodni temu chyba się pożegnaliśmy. Tak bez oficjalnego „Zobaczymy się po drugiej stronie”. Poznał mnie. Powiedziałam kilka zdań o tym co u mnie. Zadał jakieś pytanie. Przez kilka minut mieliśmy kontakt. Chyba było mi wstyd tego, że widzę go w łóżku, bez aparatu słuchowego i zębów, niknącego w oczach, malutkiego i słabego. Chyba on też nie czuł się komfortowo. Czułam podskórnie, że to najprawdopodobniej nasze ostatnie spotkanie…

Dzisiaj przyszedł sms. Nie żyje. Ulga, że już nie cierpi. Spokój, bo wiem, że gdzieś w przestworzach będzie czuwał. Smutek dobił się do mnie później. A potem strach i obawa o tych, którzy byli dla niego najbliżsi, bo pustki po nim nie da się zapełnić.

Jak go zapamiętam? To zawsze będzie dla mnie siwy, wyprostowany , elegancki starszy Pan, z rodzaju tych, których już prawie nie ma.

Do zobaczenia Emil.

OR